Fragment V

Punkt Zero

13 maja 2008 r., Punkt Zero, godz. 22:15

Weronika obudziła się z twarzą przyklejoną do poduszki. Przez chwilę nie wiedziała, gdzie jest, która godzina, ani nawet jaki jest dzień tygodnia. Dopiero gdy spojrzała na zegarek, zdębiała. 22:15. Przespała cały dzień. Żołądek natychmiast przypomniał o sobie przeciągłym burczeniem, które w sterylnej ciszy pokoju zabrzmiało niemal groteskowo.

Zwlekła się z łóżka, narzuciła koszulkę i boso ruszyła w stronę stołówki. O tej porze korytarze Punktu Zero były wymarłe — nocny tryb oświetlenia rozlewał po ścianach przygaszoną, sinawą poświatę, a wentylacja pracowała ciszej. Jakby cały kompleks również wszedł w tryb spania.

Minęła pierwsze skrzyżowanie korytarzy, potem drugie.

Usłyszała głosy.

Nie były głośne ani alarmujące, ale ich ton wystarczył, by instynktownie cofnęła się o krok i schowała w zagłębieniu ściany, tam gdzie biały kompozyt załamywał się pod kątem.

— ...czy jest pan absolutnie pewien, że to zadziała?

Blackwood. Vera rozpoznałaby ten głos wszędzie — chłodny, precyzyjny, pozbawiony emocji, a jednocześnie niosący w sobie ciężar całkowitej kontroli.

— Jestem pewien. Jeśli do tego dojdzie, generator EMP będzie naszym jedynym zabezpieczeniem.

Keller.

Vera poczuła, jak krew odpływa jej z twarzy.

— A Tzohar? Jak zachowa się w polu po impulsie?

— Tzohar jest inny. Nie potrzebuje układów scalonych, żeby działać. Nic mu nie grozi.

Krótka cisza.

— Dobrze. Proszę uwzględnić to w projekcie.

Oddalające się kroki — w kierunku wind prowadzących do sektora mieszkalnego Blackwooda. Stała nieruchomo jeszcze kilka sekund, dopóki ostatni dźwięk nie rozpłynął się w jednostajnym szumie wentylacji.

Głód minął natychmiast. Adrenalina skutecznie go zagłuszyła.

Rozejrzała się ostrożnie. Korytarz był pusty. Drzwi sali konferencyjnej, z której wyszli Blackwood i Keller, pozostawały lekko uchylone — może o centymetr, może dwa. Wystarczająco, by smuga światła przecinała podłogę.

Weszła do środka.

Na stole z ciemnego szkła leżały dokumenty, rozłożone tak, jakby ktoś je przed chwilą przeglądał. Vera podeszła bliżej. Już pierwszy nagłówek sprawił, że poczuła lodowaty uścisk w żołądku.

PROJEKT PROMETEUSZ — FAZA KOŃCOWA

PUNKT ZERO — INFRASTRUKTURA

Pochyliła się nad schematem.

Akcelerator.

Ale nie LHC.

Znacznie większy. Gigantyczny pierścień rozciągał się na dziesiątki kilometrów, a układ komór przyspieszania wyglądał inaczej niż wszystko, co dotąd widziała. Przy jednej z sekcji widniała adnotacja:

PUNKT ZERO — KOMORA GŁÓWNA

To nie był rozwinięty projekt CERN. To było coś zupełnie innego — ogromny akcelerator budowany tutaj, pod ziemią, w absolutnej tajemnicy.

Dotarło do niej.

LHC miało być jedynie poligonem doświadczalnym. Testem przed właściwym eksperymentem.

Blackwood tworzył własną infrastrukturę.

Wzięła kolejny dokument. W prawym górnym rogu widniał czerwony znacznik:

ZABEZPIECZENIE KRYTYCZNE

Poniżej — szczegółowy schemat techniczny. Generator EMP. Masywna cylindryczna konstrukcja z zaznaczonymi cewkami nadprzewodzącymi, komorą detonacyjną i układem kompresji strumienia magnetycznego. FCG — Flux Compression Generator.

Widziała kiedyś szkice takich urządzeń — w materiałach o eksperymentalnej broni elektromagnetycznej. I sam ich widok wystarczył, by zrozumiała, co trzyma w rękach. Ładunek, który jednym impulsem potrafił wypalić każdy układ scalony w promieniu kilku kilometrów. Generator zasilany bezpośrednio z odrębnego źródła — innego niż to, które zasilało cały kompleks.

Blackwood nie budował wyłącznie akceleratora.

Budował fortecę.

Z własnym źródłem energii. Własnym systemem bezpieczeństwa. Własną bronią.

I właśnie wtedy dotarło do niej coś jeszcze.

To nie była broń ofensywna.

Anteny emiterów skierowano do wewnątrz — w stronę komory głównej. Impuls EMP nie miał stanowić obrony przed zagrożeniem z zewnątrz. On miał zniszczyć coś, co mogło powstać tutaj. W sercu Punktu Zero.

Przed czym oni właściwie chcieli się zabezpieczyć?

Zamknęła dokumenty i odwróciła się w stronę drzwi.

Zamarła.

Ramirez stał nieruchomo w przejściu — potężna sylwetka na tle przygaszonego światła korytarza, z rękami skrzyżowanymi na piersi. Vera nie słyszała jego kroków. Jakby pojawił się znikąd. Przez głowę przeleciała jej myśl: Jak długo tu stoi?

— Panno Dec — odezwał się spokojnie. — Czyżby się pani zgubiła?

Jej mózg natychmiast przeszedł w tryb awaryjny.

Dwa oddechy. Analiza. Blef.

— A ty, Ramirez? — uniosła brew, opierając się biodrem o stół. — Ty chyba faktycznie w ogóle nie sypiasz.

Nie drgnął nawet o milimetr.

— Szłam do stołówki. Zgubiłam się. Szczerze mówiąc, ten system oznaczeń jest fatalny. Wszystkie korytarze wyglądają identycznie. Jak niedokończona wersja filmu SF bez budżetu na scenografię.

Ramirez przez chwilę milczał. Powoli przesunął wzrokiem po stole, dokumentach i śladach palców na szklanym blacie.

Jego twarz pozostała całkowicie niewzruszona.

— Stołówka jest dwa poziomy wyżej — powiedział w końcu.

— Kiedyś to zapamiętam. Obiecuję.

Minęła go spokojnym krokiem.

— Dzięki za pomoc.

Ruszyła korytarzem, czując na sobie jego spojrzenie. Nie przyspieszyła. Nie odwróciła się.

— Panno Dec!

Zatrzymała się jak wbita w podłogę. Obejrzała się przez ramię.

— Winda jest w drugą stronę.

[ to fragment dłuższego rozdziału · ciąg dalszy w książce ]

© WHITE SHADOW

MĀYĀ

Przerwa techniczna

Pracujemy nad stroną. Wrócimy wkrótce_